[ENG] Sharing Transformation Stories – 7th ABSL Conference
7 lipca 2016
[PL] Przecież gramy do jednej bramki
14 lipca 2016

[PL] Korposzczury, prawdziwi wyklęci

Trybiki, korpoludki, lemingi, automaty w lakierkach i garsonkach. To dzięki nim prosperują klubokawiarnie, księgarnie i domy wczasowe. I to oni napędzają innowacje jako wytwórcy czekolady oraz autorzy rewolucyjnych aplikacji

Korposzczury stłoczone w openspejsie bez uchylnych okien. Mówią sztucznym, nasyconym anglicyzmami językiem. Odczłowieczone trybiki w machinie światowego kapitału wypełniają wieżowce Mordoru pełne kolorowych poduch i górnolotnych haseł.

Lubimy tak postrzegać pracowników korporacji. Przedstawicieli klasy średniej, których ciężka praca stanowi koło zamachowe polskiej gospodarki.

***

Jeszcze kilka lat temu każdego dużego inwestora witały entuzjastyczne materiały w prasie, pochwalne komentarze publicystów i nadzieje wyrażane przy grillu, że „będzie robota”. Polacy byli dumni, że mogą pracować w korporacjach, w przyzwoitych warunkach, często uczestnicząc w ogromnych międzynarodowych projektach. Cieszyliśmy się, gdy w piękniejących za unijne pieniądze miastach jak grzyby po deszczu wyrastały przeszklone biurowce, w których światło świeci się znacznie dłużej niż w urzędach.

Ale w ostatnich kilku latach nastąpił zwrot. Po sukcesie Facebooka, Instagrama, Tumblra i Snapchata bożkiem masowej wyobraźni został wyzwolony przedsiębiorca. A korporacje zaczęły się kojarzyć z miejscem opresyjnym, które dusi wolnego ducha i innowacje. W serwisach społecznościowych zaczęły pączkować coraz to nowe profile o wdzięcznych nazwach „Mordor na Domaniewskiej” albo „Korposzczur płakał, jak czelendżował”. Nie sposób zliczyć artykułów, które zaczynały się od frazy: „Rzucił pracę w korporacji, aby…” – do wyboru, do koloru – „założyć swoją produkcję muffinek”, „pracować w organizacji pozarządowej”, „spełnić się jako barista”, „prowadzić własnego bloga i dzielić się wiedzą”.

Dziś kluczowi publicyści dowodzą, że zły system edukacji skazuje nas na bycie korposzczurami, przedstawiając pracę w sektorze usług jako zajęcie gorszego sortu. A kiedy wpiszemy w Google’u „korporacja to”, mechanizm podpowiadający najpopularniejsze wyszukiwania podrzuca „syf” i „zło”.

Wielki kapitał jako jeden z filarów gospodarki? O tym pisze się i mówi z pewną nieśmiałością.

***

200 tysięcy lemingów

Korporacje w Polsce zatrudniają przede wszystkim w dziedzinie informatyki i technologii (33 proc.), księgowości i usługach finansowych (22 proc.), obsłudze klienta (15 proc.) oraz w bankowości, ubezpieczeniach i usługach finansowych (15 proc.). W sumie w „operacjach”, czyli obsłudze procesów korporacyjnych – sektorach BSS (Business Shared Service, obsługi grupy kapitałowej czy gałęzi biznesu) i BPO (Business Process Outsourcing, zewnętrznej, wynajętej obsługi przedsiębiorstw), ITO (Information Technology Outsourcing, zewnętrznych usług informatycznych) czy R&D (Research and Development, badań i rozwoju) – pracuje prawie 200 tys. osób. Miasta, w których lokują się centra usługowe – Wrocław, Łódź, Kraków, Warszawa, Katowice, Trójmiasto, Poznań – przodują w rankingach wzrostu gospodarczego i jakości życia. W latach 2013-15 w firmach z tego sektora przybyło blisko 30 tys. miejsc pracy, a średnia wynagrodzeń jest znacznie wyższa niż średnia krajowa, wyższa niż w budżetówce i w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.

Stereotypowa korporacja to trudne warunki pracy, intrygi, zawyżane plany, ciągła presja, bo na twoje miejsce czeka stu chętnych. Ale tak się składa, że w firmach zrzeszonych w ABSL – Association of Business Service Leaders, największej polskiej organizacji zrzeszającej korporacje – około 90 proc. wszystkich form zatrudnienia to umowy o pracę. Oczywiście nie wszędzie jest tak różowo, ale generalnie giganci mają wiele do stracenia, więc rygorystycznie przestrzegają kodeksu pracy, a że zależy im na zaangażowanych i utalentowanych ludziach, zapewniają ponad 90 proc. pracowników prywatną opiekę medyczną, 80 proc. może liczyć na gwarantującą wiele zniżek kartę typu Benefit, a ponad 70 proc. na dodatkowe ubezpieczenie. Około dwóch trzecich firm dofinansowuje kursy językowe i studia podyplomowe.

Można powiedzieć, że to wszystko dla dobra biznesu i wizerunku, podobnie jak akcje społeczne i współpraca z organizacjami pozarządowymi w ramach Corporate Social Responsibility, czyli społecznej odpowiedzialności biznesu. Ale korpo zachęcają też pracowników do zaangażowania dalekiego od korporacyjnego pędu: wolontariusze z wielkich firm uczą języków obcych dzieci i seniorów, pomagają w szpitalach, hospicjach, domach dziecka. W oczach opinii publicznej pracownik korporacji mentalnie zatrzymał się na poziomie call center albo nieczułego menedżera skupionego na Excelu, tymczasem od lat korporacje starają się uzupełnić twarde kompetencje miękkimi, związanymi z umiejętnością pracy z ludźmi.

Wykształceni, opłaceni i zaangażowani pracownicy korporacji przejmują też zachodnie wzorce życia, nie tylko napędzając ruch w centrach handlowych, ale też znacznie ponad średnią korzystając z uroków miasta – gastronomii, rekreacji, kultury. Dzięki nim tworzy się ekosystem, w którym globalne marki budują koniunkturę lokalnych podmiotów.

Pozostaje pytanie: skoro wszyscy korzystają, a korporacje wciąż znajdują chętnych do pracy, dlaczego opinia publiczna i media nadal sprowadzają je do ogłupiających procedur, przykrajania indywidualności i wyścigu szczurów?

Partyzant ze start-upu

Oczywiście swoje robi globalna popkultura, która uwielbia archetyp „od zera do bohatera”, podobnie jak naturalna ludzka skłonność do generalizowania i podziałów „my” – „oni”. Łatwiej sięgnąć po dychotomie: „korpoludki” – „kreatywni”, „lewactwo” – „patrioci” i tak dalej, niż postarać się zrozumieć złożoność problemu. Jednak w naszym stosunku do korporacji odbija się dodatkowo lokalna specyfika.

Polacy potrzebują nie tyle realnej zmiany, ile silnych, opartych na wartościach bodźców. Pokazały to zeszłoroczne wybory, które dały żółtą kartkę status quo opartemu na polityce ciepłej wody.

Zagraniczni inwestorzy wykonali gigantyczną pracę, budując gospodarkę i dając krajowi ogromny zastrzyk rozwojowy przez know-how, procedury, kulturę pracy, ale nie chwalili się tym. Korporacje nie zamawiały kampanii informacyjnych, nie kupowały bloków reklamowych, żeby pokazać, ile zainwestowały i jak poprawiło się życie tam, gdzie osiadły. Najbardziej wnikliwi socjologowie na palcach jednej ręki potrafią wyliczyć menedżerów z Polski, którzy zbudowali swoją pozycję, sukces – zawodowy i finansowy – w korporacji.

Za to zdanie: „Zostawił korporację, by założyć swój biznes”, stało się już memem, a kryjąca się za nim postawa – wzorcem osobowym. O ludziach, którzy poszli na swoje, dziś nazywanych startupowcami, można przeczytać w czasopismach opinii, w kolorowych magazynach, w największych portalach. Bo startupowiec to buntownik, rebeliant, powstaniec – a Polacy kochają rebeliantów. Nawet kiedy ci mówią, że przez dwa lata musieli zaciskać zęby, że trzeba położyć dziesięć biznesów, by jedenasty wypalił, że pożyczali od przyjaciół i rodziców. Kochamy ich o wiele bardziej niż rzetelnie pracujących menedżerów z korporacji. Ludzi, którzy nie chcą ponosić ogromnego ryzyka albo których zwyczajnie na to nie stać.

A przecież to, że ktoś założył manufakturę czekolady w życiu po korporacji, jest symptomatyczne. Owszem, skoczył na głęboką wodę, a biznesplan zweryfikuje rynek – ale miał fundusze i know-how. Było go na to stać, bo rzetelna praca w korpo się opłaca. Rozumiał, czym są branding i dobry PR, bo nauczył się tego w korpo. Potrafił szacować i planować oraz miał rozległe kontakty, które nawiązał w korpo.

Te kompetencje najłatwiej zdobyć w wielkiej międzynarodowej firmie. Życie po korporacji istnieje – ale ci, którzy je rozpoczynają, są bogatsi o wiedzę z zakresu języka biznesu oraz finansów i znajomość języków obcych.

Szklane biura korporacji z sektora usług biznesowych to największe inkubatory przedsiębiorczości w Polsce. Po cichu i mimochodem robią dla innowacyjności równie dużo, jeśli nie więcej, co wszystkie rządowe programy.

Boso, ale w ostrogach

Z naszą fascynacją rebeliantem łączy się kult walki i poświęcenia. Wciąż czytamy o pracowniku korporacji, który odkrył życie poza korpo, ale nie znajdziemy artykułów o tym, że ktoś porzucił swoją działalność na rzecz korporacji, choć dzieje się tak o niebo częściej.

Bo w Polsce, w odróżnieniu od krajów anglosaskich, nie ma tradycji czczenia człowieka żyjącego godnie, ale bez ekscesów. U nas oczy zwrócą się na ciebie wtedy, gdy harujesz w znoju, poświęcasz się, walczysz – niekoniecznie zwycięsko, ale próbujesz. Kredyty na mieszkanie, wolę posiadania i marzenie o zwykłym życiu najlepiej obśmiać. Heroizm codzienności sprzedaje się gorzej niż ułańska fantazja i marzenia o Dolinie Krzemowej, chociaż z rzeczywistymi aspiracjami Polaków romantyczne wizje nie mają wiele wspólnego – korporacje tworzące centra usług wspólnych polubiły nasz kraj przede wszystkim dlatego, że w Polsce ludzie potrzebowali pracy i byli głodni sukcesów zawodowych.

Podobnie arcypolska jest wizja firm usługowych jako hordy, która najechała i drenuje kraj z jego bogactw, po czym odjedzie dalej, zapewne na wschód, szukać tańszych tubylców. Te historyczno-kolonialne analogie mijają się z prawdą, bo jak dotąd inwestorów pojawia się coraz więcej, chociaż pensje rosną i polski pracownik drożeje.
***

Minął pierwotny zachwyt logotypami wielkich międzynarodowych korporacji. Praca w nich nie jest już jedyną furtką do lepszego świata, bo krzepną również rodzime firmy, a Polska dobija do grona krajów, w których biznes buduje się nie na taniej sile roboczej, ale na kompetencjach i innowacjach.

Dzieje się tak również za sprawą zmiany generacyjnej – wejścia na rynek pracy milenialsów, zwanych też pokoleniem Y. „Igreki”, wychowywane w globalnej popkulturze i spłaszczającym hierarchie internecie, są świadome własnej wyjątkowości, stawiają na samorealizację, a jednocześnie cenią współpracę. To wymusza zmiany; okazuje się, że transparentne warunki pracy i godne wynagrodzenie to nie wszystko i wielkie firmy muszą się nauczyć, jak dostarczać i pracownikom, i klientom wartości wyższego rzędu.

Korporacje będą musiały dostosować swoją mechanikę, język i sposób komunikowania się do ich oczekiwań, a wiadomo, że trudniej zmienić praktyki kilkudziesięciotysięcznego giganta niż kilkudziesięcio- czy kilkusetosobowej firmy. Do tego dochodzą wyzwania związane z automatyzacją, robotyzacją i możliwościami „big data”, czyli ułatwiających analizy i badanie rynku zbiorów danych z różnych źródeł.

Ale mimo tych wyzwań najpewniej to znów międzynarodowe koncerny z ich rozmachem i siłą oddziaływania na lokalne społeczności będą miały największy wpływ na rozwój nowej polskiej gospodarki. Dlatego już teraz warto rozmawiać o jeszcze lepszym współdziałaniu między sektorem usług, samorządami i rodzimym biznesem oraz o potencjale, jaki drzemie w ludziach ze śródmiejskich biurowców.

A na pewno warto ich docenić. Te trybiki sprawiają, że Polska jest liderem regionu. Jeśli chcemy, by nim pozostała, i jeśli marzy się nam gospodarka oparta na rodzimych innowacjach, to potrzebujemy klasy średniej i wyedukowanej kadry menedżerskiej. Ta nie weźmie się znikąd, nie wykształcą jej żadne studia, nawet najbardziej ukierunkowane na współpracę z biznesem.

To praca w korporacji jest tą formą zatrudnienia, która przynosi doświadczenie i największy luksus dzisiejszych czasów – wolność wyboru. Możesz zostać i piąć się po kolejne awanse, możesz odejść po kilku latach, ale w obydwu przypadkach uczysz się od najlepszych.

***

Tekst powstał za pośrednictwem współpracy dwóch autorów Bloga ABSL:

Marek Grodziński – dyrektor Europejskiej Sieci Centrów BPO Capgemini, specjalista w dziedzinie międzynarodowych finansów i księgowości. Współzałożyciel ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych.

Wojciech Popławski – dyrektor zarządzający w Accenture, jednego z głównych międzynarodowych przedsiębiorstw branży konsultingu, wdrażania technologii i outsourcingu. Pracował w Indiach i Chinach, kierował projektami dla firm z listy Fortune 500.

ABSL Member
ABSL Member
Zasadą działania ABSL jest współpraca dla dobra sektora biznesowego. Zgodnie z tym także ten blog tworzony jest poprzez współpracę. Każdy ze 180 członków ABSL ma możliwość wykorzystania go jako platformy do wymiany myśli i opinii na tematy związane z sektorem.